Jako iż święta już mineły, i wydarzenia w które obfitował okres świąteczny skłoniły mnie do kilku głębszych przemyśleń, to dzięki mojemu lenistwu, przeleje właśnie te przemyślenia na papier. Czemu dzięki lenistwu? Otóż miałem zabrac się za pisanie "kartki z bloga" hen hen dawno temu, a że się nie zabrałem, a powinienem się zabrac, to właśnie dzięki odpowiedniej porze w kalendarzu chrześcijańskim mogę wyrazic swoją opinię o świętach Wielkanocnych i wszechobecnego nastroju przedświątecznego, świątecznego i poświątecznego.
Nastrój przedświąteczny jest obecny wszędzie, chyba w każdym domu. Uczniowie czekają z utęsknieniem na tydzień wolnego, mamy zabierają się za mycie okien, i sprzątanie całych domóstw, nawet jeśli goście przyjechac nie zamierzają. W końcu raz na jakiś czas należy umyc okna, bo jakbyśmy naprzykład nie myli okien wogóle to świat za oknem przestałby dla nas istniec. W każdym razie jak mamie się nie chce odwalac samej całej roboty to zawsze może zagonic dzieci do pomocy. w czasie świat napawa mnie dziwne uczucie że właśnie po to przychodzimy na świat, po to byw okresie przedświatecznym pomagac rodzicom... Do całego zgiełku przedświątecznego dochodzi robienie zapasów na tę parę dni, plus kilka rożnych obowiązków spadających na członków rodziny.
Kiedy już mamy mieszkanie posprzątane, a w niektórych przypadkach to już jest świętem, nadchodzi dzień, który jest wyjątkowo cięzki dla ludzi kochających mięso. Zupełnie nie wiem czemu nasza wspaniała religia zabrania jedzenia mięsa, nawet dokładnie niewiem kiedy... Rozpoznaje te dni kiedy pytają się mnie czy kanapki zrobic mi z szynką czy nie, a ja na to jak "przykładny" katolik odpowiadam: "z szynką". Za to kiedy sam robię sobie posiłki rządze się wtedy własnymi prawami i nie muszę, pytac siebię czy chce zjeśc kanapkę z szynką. Naprzykład mam znajomego który wogóle nie je warzyw i owoców, szczerze mówiąc uważam to za głupotę, ponieważ nie je ich z jakiśtam bliżej nieokreślonych, jego przekonań. Ale wracając do tematu post dla niego musi byc naprawdę ciężkim przeżyciem kiedy, religia zgodnie z którą był wychowywany zabrania mu zjeśc na obiad schabowego czy cokolwiek innego mięsnego. Ale czy w rzeczywistości dzień jest naprawdę dla niego okropny? Ależ nie, poprostu jako kolejny przykład "dobrego" katolika ma po dziurki w nosie zasady narzucone na nas przez Kościół.
Następny dzień świąteczny chyba Wielka Sobota, dzień kiedy trzeba zasuwac z koszyczkiem do kościoła, by znowu przypomniec sobie że żyje się w kraju gdzie wyznania się nie wybiera. Za to ja w tym roku, jako że w domu okropnie mi sie nudziło i miałem ochotę przekąsic coś ludzkiego, wręcz hedonistycznego dla przykładnego "moherowego bereta" wyznającego wszystkie zasady okresu Wielkanocy, postanowiłem pójśc zjeśc coś na miasto. Pierwsze co mi przyszło na myśl to kuchnia chińska. Poszedłem więc do pobliskiego "Sajgon Baru" w celu zjedzenia taniego i sporego obiadu. Gdy doszedłem do chińskiej budki czekało mnie zaś wielkie rozczarowanie zamiast wielkiej porcji fileta kurczaka w sosie słodko-kwaśnym."Sajgon" był zamknięty. Chyba nie muszę opisywac mojego wielkiego , ogromnego rozczarowania tym faktem. Przez głowe przeszła mi jedna myśl, "od kiedy to Chińczycy obchodzą święta Wielkanocne?". Nie rozmyślając dużo nad znaczeniem święta chrześcijańskiego dla Chińczyków poszedłem dalej za głosem żołądka do pobliskiej pizzerii która również była zamknięta. Głupia sprawa, ale będąc wychowywanym na sportowca nie poddałem sie i udałem się do "Manufaktury". Jak ogólnie wiadomo zjeśc tam jest gdzie, znaczy było by gdzie gdyby nie fakt iż całe miasteczko w dużym mieście było zamknięte... mozna było zaobserwowac ruch ludzi, którzy niczym fala mkneli ku głownej części "Manufaktury" i odbijając sie od budynku wracali tam skąd przyszli. Ja jednak nie poddałem się i tym razem. Głod doskwierał mi coraz bardziej. ale znalazłem jednak miejsce gdzie mogłem sie posilic. Wielki przytułek globalizmu czyli McDonalda. Od dzisiaj uznajemy McDonalda jako miejsce kultu szatana ponieważ jako jedyna (?) restauracja w Łodzi była otwarta w sobotę. Oczywiście udało mi się uniknąc tradycyjnej wizyty w kościelie by pokazac księdzu koszyczek.
Wielka Niedziela? Czyli wizyta gości lub wizyta u gości. Powinnien to byc okres jakiegos pojednania rodzinnego czy coś w tym rodzaju. W sumie było, pojechałem z rodzicami do brata, gdzie oprócz podziwania i zachwycania się nowym członkiem naszej rodziny, bawiłem sie kamerą brata. Gdy wróciłem do domu nadal bawiłem sie kamerą brata która mi porzyczył. Ogólnię fajna i miła rodzinna atmosfera, przynajmniej to się zgadza z tradycja tych świąt.
Poniedziałek. Dla wielu świeta Wielkanocne oznaczaja właśnie lany poniedziałek. Kiedy byłem mały, z wyżej wymienionym bratem robiliśmy takie wojny na wodę że podtapialiśmy sąsiadów, mieszkających zarówno pod nami, obok nas jak i nad nami. Kiedy jednak braciszek się wyprowadził, z wielkich bitew zostały tylko wspomnienia, a ja zostałem skazany na oblewanie rodziców. Gdzieś czytałem że lany poniedziałek ma symbolizowac urodzaj w bieżącym roku. Im ludzie się bardziej będą oblewac wodą tym większy ma byc urodzaj, czy coś takiego. Jeśli to prawda to rok 2007 będzie wyjątkowo kiepskim rokiem, nie widziałem na ulicach żadnego dzieciaka, z wiaderkiem. Żadnego! Ale jak to mówi biblia: "Po siedmiu latach tłustych nadejdzie siedem lat chudych".
We wtorek nastąpił ochydny powrót do rzeczywistości ucznia, przypomniało sie człowiekowi że do szkoły trzeba iśc i takie tam. Ja osobiście popadłem w pewien rodzaj pesymistycznego nastawienia do świata, że było tak fajnie ale to już ostatnie tak fajnie przed maturą i wogóle. Doszedłem też do wniosku że takie długie przerwy są złe dla uczniów, ponieważ tyle wolnego czasu działa demotywująco na nas. Myslimy sobie "aaa jeszcze tyle wolnego, jutro usiąde do nauki", naprawdę ciężko się zabrac do zrobienia czegoś konkretnego.
Jeszcze jedno przemyślenie które mnie naszło po tym tygodniu wolnego, ale nieweim czy powinienem je wygłaszac. Jako że żyjemy w katolickim kraju, gdzie większośc ludzi jest wierząca, a tu nagle się okazuje że większości młodzieży w naszym religijnym państewku, nie obchodzi religia, a nawet powiem więcej większośc młodych ludzi ma ją po w głebokim poważaniu. Żyjemy zgodnie z niektórymi zasadami Kościoła tylko po to aby życie było ciut łatwiejsze, i nie miec kolejnego problemu na głowie pt. "nie mogę ochrzcic dziecka, ponieważ, nie byłem u spowiedzi, ponieważ żyje w nieślubnym związku, ponieważ nie mam bieżmowania i nie mogę wziąśc ślubu kościelnego". Te przemyślenia nie są oparte tylko na moich własnych przemyśleniach, ale także wiele osób z mojego środowiska ma bardzo podobne zdanie. Wiele ludiz mówi że są wierzący ale nie praktykujący. Wystarczy zapytac samego siebie czy wiara bez praktyki ma jakikolwiek sens, czy powiedzenie"o Boże!" czyni z nas Chrześcijan? Ja osobiście ostatni raz w kościele byłem rok temu, i to tylko dlatego że dziewczyna mnie poprosiła żebym poszedł z nią na rekolekcje, a są przypadki i to wiele gdzie ludzie jeszcze od dłuższego czasu nei byli w kościele. Na religię chodzic nie trzeba, a niektórzy z tych którzy uczęszczają na religie chodzą na nią tylko dlatego że rodzice, wychowani w czasach kiedy katolicyzm miał większe znaczenie niż teraz, zabronili im wypisac się z tych lekcji. Niewątpliwie Chrześcijaństwo traci na znaczeniu, w naszym kraju większośc uczezczających ludzi do kościoła, to ludzie starzy, wychowani w czasach tak jak wspomniałem kiedy religia miała o wiele większe znaczenie. Cała duchowośc człowieka odhcodzi w zapomnienie, teraz wystarczy czekac na czasy keidy zaczniemy sie modlic do nowinek technicznych czy bogów globalizmu. Według mnie każda religia kiedyś wymiera, i tak samo będzie z Chrześcijaństwem, pytanie tylko kiedy?